Gazeta Wyborcza: Brak toalety, empatii i kawy. Tak bada RODK Białystok.

Rodzinny Ośrodek Diagnostyczno-Konsultacyjny prowadzi działalność w zakresie diagnozy, poradnictwa i opieki rodzin, które borykają się z problemami. Trafiła tam Krystyna Kozioł i wrażenia, jakie stamtąd wyniosła, nie są – delikatnie mówiąc – najlepsze.

Nasza Czytelniczka, mieszkanka Suwałk, pisze:

“Pojawiliśmy się w Rodzinnym Ośrodku Diagnostyczno-Konsultacyjnym w Białymstoku w wyznaczonym terminie, rankiem 16 grudnia ubiegłego roku. Przybyłam jako pierwsza, ponieważ trudne warunki atmosferyczne uniemożliwiły reszcie rodziny i ojcu mojego dziecka stawienie się na czas. Zostałam poproszona o oczekiwanie w poczekalni, w której znajdowała się już 5-osobowa rodzina: małżeństwo z małym, na oko półtorarocznym dzieckiem, matka kobiety (babcia dziecka) i jej młody, może dwudziestoletni syn. Po kilku minutach do poczekalni weszły dwie kobiety, prawdopodobnie standardowa para przeprowadzająca badanie – psycholog i pedagog. Zaczęły wypytywać rodzinę o szczegóły jej pożycia, z czego zorientowałam się, że mam przed sobą młode małżeństwo w trakcie rozwodu. Zadawały tym młodym ludziom pytania, mówiły o szczegółach akt sądowych (np. jakie są żądania ojca w kwestii kontaktu z dzieckiem), stawiały autorytatywne diagnozy, kompletnie nie zwracając uwagi na moją obecność – obecność osoby trzeciej, która pod żadnym pozorem nie powinna uczestniczyć w tej rozmowie. Ani czynnie, ani biernie.

Toaleta? Piętro niżej

Po kilku minutach tej absurdalnej sytuacji kobieta wyszła z poczekalni, wcześniej pytając o toaletę. Okazało się, że RODK w Białymstoku nie dysponuje toaletą dla osób, które poddawane są badaniom.

Jedna z pań skierowała mnie piętro niżej, do publicznej toalety dla klientów domu towarowego, w którym (na piętrze ostatnim) mieści się RODK. Dobre 2,5 minuty drogi w jedną stronę. Akurat tego dnia miałam obfitą menstruację, spowodowaną zapewne stresem, związanym z badaniem w RODK. W trakcie 8 godzin badań bądź oczekiwań na badania, które tam wszyscy spędziliśmy, wędrowałam w obie strony niezliczoną ilość razy, co najmniej kilkakrotnie nie zdążając dobiec do toalety przed zalaniem się krwią, w sensie dosłownym.

W trakcie 8 godzin spędzonych w RODK nikt nie zaproponował herbaty ani kawy. Nie myślę tu o jakimś specjalnym wyrafinowanym serwisie – wystarczy informacja o dostępie do czajnika elektrycznego, kawy rozpuszczalnej i czarnej herbaty. Mało tego – nigdzie w RODK nie ma zwykłego dystrybutora wody, z którego można by skorzystać, spędzając tam cały dzień.

Po przyjeździe rodziny i ojca mojej córki każdy z nas otrzymał po kilkanaście stron testów psychologicznych i pedagogicznych do wypełnienia. Usadzono nas wszystkich w tej samej poczekalni, w której – razem z nami – analogiczne dokumenty wypełniali młodzi małżonkowie, o których wspominałam powyżej.

Ponury żart

Zostaliśmy zmuszeni do kilkugodzinnego wypełniania stosów ankiet na niewielkiej przestrzeni, ramię w ramię – obie strony konfliktu, które od 16 miesięcy nie miały – poza salą sądową – żadnego ze sobą kontaktu. Razem z nami wszystkimi siedziała i wypełniała testy także moja 14-letnia córka, o którą chodzi w rozprawie.

Na około 25 m kw. siedziało w sumie 9 osób, z których 7 usiłowało, z raczej mizernym skutkiem, skupić się nad wcale nieoczywistymi pytaniami kilkunastostronicowych ankiet. 2 osoby spośród 9 – babcia i półtoraroczna na oko wnuczka chodziły między nami, młodsza płakała i krzyczała, starsza próbowała uspokoić ją śpiewaniem kołysanek… Jednym zdaniem – sytuacja absolutnie wyjątkowa i ekstremalna na przeprowadzanie “wiarygodnych” badań psychologicznych.

Dlatego, kiedy na stronie RODK w Białymstoku, w zakładce “baza lokalowa ” czytam: “estetyka i aranżacja pomieszczeń sprzyjają wytworzeniu w trakcie badań atmosfery intymności i bezpieczeństwa”, odnoszę wrażenie, że to jakiś ponury żart.

Mimo oczywistych trudności, opisanych powyżej, wypełniliśmy testy. W międzyczasie młoda mama została poproszona do oddzielnego gabinetu na rozmowę z psychologiem i pedagogiem, babcia odesłana poza siedzibę RODK, a młody ojciec miał się zająć umęczoną wieloma godzinami w tym mało przyjaznym miejscu, znudzoną, zirytowaną półtoraroczną córeczką – oczywiście, w dalszym ciągu w tej samej poczekalni.

Zniszczyli młodego człowieka

Czy można się dziwić, że w tej sytuacji nie mógł sobie z dzieckiem poradzić? Nie można, co było oczywiste dla mojej 14-letniej córki, która była świadkiem całego zajścia. Obserwowała z przerażeniem – prawdopodobnie jak wszyscy inni obecni wtedy w poczekalni – jak pani psycholog albo pedagog publicznie niszczy młodego ojca i doprowadza go do płaczu, expressis verbis wytykając mu niekompetencję, nieporadność, nieumiejętność zajęcia się dzieckiem tak, by nie płakało i jak kwestionuje jego wniosek do sądu o spędzanie z dzieckiem weekendów. Ton i sposób argumentacji pani psycholog/pedagog nie wykraczał poza poziom hałaśliwej, infantylnej i prymitywnej przekupki, przy całym moim szacunku do osób zajmujących się drobną przedsiębiorczością. (…)”

Kierowniczka: mnie tego dnia nie było

O komentarz do tej sytuacji poprosiliśmy kierowniczkę RODK Małgorzatę Skalską. Kobieta przyznała, że tego dnia nie była w ośrodku, nie tam też monitoringu, jednak zarzuty pani Krystyny Kozioł na pewno są bezzasadne.

– Ja ufam swoim pracownikom i wiem, że nie zrobili niczego, co byłoby niezgodne z obowiązującymi przepisami. Na pewno prywatne i intymne sprawy nie były roztrząsane na korytarzu przy osobach trzecich. Powiem tylko tyle, że badania na pewno nie były prowadzone na korytarzu tylko w poczekalni, a te mamy dwie. Czasem bywa tak, że jest faktycznie sporo osób, ale do tej pory nikt się nie skarżył. Co do warunków, jakie mamy, to trudno jest mi się odnieść, bo nie ode mnie one zależą. Kiedy powstawał nowy budynek sądu przy ulicy Mickiewicza, liczyłam na to, że tam znajdzie się dla nas miejsce. Niestety, tak się nie stało. Faktycznie nie ma tu ubikacji i sami też korzystamy z tej, która jest piętro niżej. Kiedy badania trwają długo, to naprawdę proponujemy kawę, herbatę. Nie jesteśmy potworami – zapewniała Skalska.