Onet: Niemy krzyk. Gdy rodzice walczą o dziecko. (RODK Chojnice / Elbląg)

Ewelina Potocka 2 grudnia 2013
żródło: http://wiadomosci.onet.pl/prasa/niemy-krzyk-gdy-rodzice-walcza-o-dziecko/cjz2g

Statystyki jednoznacznie pokazują, że coraz więcej polskich małżeństw rozpada się. Rozwieść się jest łatwo – można to zrobić na jednej rozprawie. Trudniej jest, gdy w grę wchodzi los dzieci. Zbyt często stają się one kartą przetargową, przedmiotem, którym podczas procesu przerzucają się zwaśnione strony.

Fot. Thinkstock

O traumie pięcioletniego Piotrusia/Kubusia cała Polska dowiedziała się, gdy mały został wyrwany z porannego snu, ponieważ, zgodnie z decyzją sądu, ojciec miał prawo zabrać go z domu matki. Pojawił się tam w asyście kuratorów i policji, osób nieznanych maluchowi. Ta głośna historia to czubek góry lodowej. Dramaty rodzinne dzieją się wszędzie i coraz częściej. I wszyscy zapominają, że w obliczu konfliktu rodziców, nikt nie cierpi tak bardzo, jak dziecko.

“Mamuniu, ratuj!”, krzyczał pięcioletni Piotruś wyrwany z łóżeczka, ubrany tylko w piżamkę, pamiętnego 5 lipca 2011 roku. Z samego rana do mieszkania B.L., matki chłopca, wtargnęli policjanci, kuratorzy i ojciec dziecka, którzy, zgodnie z decyzją Sądu Rejonowego w Gdańsku, mieli odebrać dziecko matce jako tzw. zabezpieczenie roszczenia przed ostatecznym wyrokiem przyznającym jednej ze stron opiekę nad dzieckiem.

B.L. była roztrzęsiona. W materiale TVP Gdańsk opisywała to zdarzenie ze łzami w oczach: – Po prostu wtargnęli obcy ludzie, w tym człowiek, którego on tak się bardzo boi, z którym nie ma żadnej więzi. (…) Dziecko usiadło tylko na swoim łóżeczku, ani nieumyte, ani nieubrane, bez śniadania. Ja błagałam, żeby dali mi się z nim pożegnać…

Skonfliktowani

B.L. i prof. K.J. to psycholodzy. Pobrali się, niedługo potem urodził się ich syn Jakub Piotr. Matka nazywa go drugim imieniem, dla ojca jest to Kuba.

Małżeństwo rozpadło się w 2007 roku. Według relacji B.L., mąż miał się nad nią znęcać psychicznie, był wybuchowy. K.J. twierdził zaś, że żona była niedojrzała, nieodpowiedzialna, niesamodzielna.

Konflikt narastał. W aktach jest mowa o przemocy fizycznej. W grudniu 2008 roku K.J. miał zrzucić żonę ze schodów, w wyniku czego założono mu Niebieską Kartę. K.J. komentował to w wywiadzie dla “Wprost” jako “powszechnie stosowana praktyka przez dość pokaźną grupę rozwodzących się kobiet”. Ostatecznie w sądzie zapadł wyrok uniewinniający mężczyznę.

To był dopiero początek wieloletniej walki byłych małżonków o Piotrusia/Kubusia. Walki, o której dowiedziała się cała Polska, ale której prawdziwe powody znają tylko zwaśnione strony.

Po rozwodzie, w 2010 roku, sąd powierzył opiekę nad dzieckiem matce, a ojciec mógł spotykać się z synem w wyznaczonych terminach. Te spotkania były dramatyczne – dziecko wpadało w panikę, płakało, histeryzowało, za wszelką cenę nie chciało nawet zbliżyć się do ojca (nagrania z tych spotkań ciągle krążą w internecie). W efekcie K.J. nie spędzał z dzieckiem ani chwili, ponieważ nie dochodziło do “przekazania” chłopca. Dlaczego tak się działo? To miał zbadać sąd.

RODK w akcji

W 2008 roku sąd zlecił zbadanie sprawy Rodzinnemu Ośrodkowi Diagnostyczno-Konsultacyjnemu w Elblągu. W swojej opinii RODK wskazał, że ojciec może samodzielnie zajmować się dzieckiem. Zaskoczona matka nie zgodziła się z tą opinią. Podejrzewała, że została ona zmanipulowana. Przed oczyma miała bowiem obraz dziecka, które histeryzuje na widok ojca. Napisała więc zażalenie do sądu, który ostatecznie zlecił zbadanie sprawy innemu RODK (w Chojnicach). Ten, w 2010 roku, podtrzymywał poprzednią decyzję i dodał, że to z winy matki dziecko tak bardzo boi się ojca, a także, że matka wykorzystuje władzę rodzicielską przeciwko ojcu.

Wkrótce potem ojciec złożył w sądzie wniosek o pozbawienie matki praw rodzicielskich oraz wnioskował, by na czas postępowania dziecko pozostało pod jego opieką. Argumentował, że żona nie nadaje się do opieki nad dzieckiem, jest mało zrównoważona emocjonalnie, ma z synem niezdrową, symbiotyczną więź. Głos w sprawie zabrał wymiar sprawiedliwości – sędzia Anna Pałkiewicz przyznała rację ojcu.

Ostatecznie, w 2011 roku, doszło do wspomnianego wcześniej odebrania dziecka siłą w ramach “zabezpieczenia roszczeń”. Matka zaskarżyła to postanowienie, ale Sąd Okręgowy w Gdańsku je oddalił.

To było jedyne rozwiązanie

Sytuacja została nagłośniona w mediach, a głos w sprawie zabrało wielu specjalistów. Ówczesny minister sprawiedliwości, Krzysztof Kwiatkowski, poruszony sprawą deklarował, że sam sprawdzi, czy w tym przypadku działano prawidłowo. Pod lupę miały pójść decyzje sądu oraz działania kuratorów. W sprawie głos zabrali także psychologowie z Instytutu Psychologii Uniwersytetu Gdańskiego, którzy zbierali podpisy pod listem w obronie praw pięciolatka. Z kolei specjaliści z zakresu psychologii dziecięcej twierdzili, że nie do zaakceptowania jest siłowe odebranie dziecka.

Rozmawialiśmy z obiema stronami konfliktu. Nie przytaczamy bezpośrednio wypowiedzi, ponieważ nie zostały one autoryzowane. W rozmowie ojciec Kuby zapewniał nas, że dwa lata temu, gdy doszło do odebrania dziecka, nie miał innego wyjścia. Argumentował, że była żona nie chciała z nim rozmawiać. Do tego nałożyła się “nagonka medialna”, o której pisał w oświadczeniu wydanym w lipcu 2011. K.J. twierdzi, że walczył o syna trzy lata, a była żona i jej rodzina nie dopuszczały go do dziecka. Czuł, że musi walczyć do końca.

– Rodzice i dorośli, którzy mają dziecko chronić, wprowadzają sytuację utraty poczucia bezpieczeństwa i zagrożenia. Dziecko tej sytuacji nie rozumie, dla niego bycie z mamą jest dobre. Pytanie, czy to był jedyny sposób, by przerwać sytuację, która w dalszej perspektywie mogła być zagrażająca dla rozwoju dziecka – komentuje dr Magdalena Śniegulska, psycholog dziecięcy ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie.

I dodaje: – Jeśli tak, to należy zrobić wszystko, aby minimalizować jej negatywne skutki. Ważne jest budowanie od nowa bezpieczeństwa i zaufania do dorosłych. Każda z tych spraw (dot. walki o prawa do opieki nad dziećmi, przyp. red.) jest inna i trudno się wypowiadać. Możemy mówić o założeniach teoretycznych i o tym, jakie to niesie za sobą zagrożenia i konsekwencje, ale czasami rzeczywiście musimy się narazić na dramaty.

Matka nie składa broni

Matka i jej najbliżsi do dziś nie mogą się pogodzić z tym, co się stało. Pytają: jak to możliwe, że sąd wydawał wyroki na podstawie starych opinii RODK? Dlaczego dziecko nie miało przeprowadzonych aktualnych badań psychologicznych? Matka uważa także, że sędzia Anna Pałkiewicz jest stronnicza. Jednak wnioski matki dotyczące wyłączenia sędzi od sprawy (ostatni złożono w czerwcu 2013 roku) zostały odrzucone. Rzecznik Sądu Okręgowego w Gdańsku zapewnia przy tym, że każda z odmownych decyzji była kontrolowana przez sąd odwoławczy.

W tej chwili B.L. widuje się z synem w weekendy oraz w tygodniu, ale dąży do rozszerzenia kontaktów z dzieckiem. Ojciec chłopca przekonywał nas, że nie utrudnia kontaktów, wręcz chce, by było ich więcej. Niedawno złożył wniosek o zmianę zabezpieczenia, którego przedmiotem są kontakty matki z dzieckiem. Jednak wniosek ten oddalono.

Tyle oficjalnie. Jednak z prywatnych rozmów nie trudno wywnioskować, że między stronami cały czas nie ma zgody. Najbliżsi B.L. twierdzą, że ojciec utrudnia współpracę, a chłopiec pragnie nieustannych kontaktów z matką, czego potwierdzeniem mają być listy – laurki pisane do “mamuni”. K.J. podkreśla zaś, że była żona i jej rodzina są “zatopieni we własnej prawdzie” i nie chcą zaakceptować rzeczywistości.

Akta tej sprawy mają w tej chwili kilkadziesiąt tomów. A to jeszcze nie koniec. Sprawa nadal się toczy – z wniosku ojca o pozbawienie władzy rodzicielskiej matki i odwrotnie, z wniosku matki o pozbawienie władzy rodzicielskiej ojca. Jak udało nam się jednak dowiedzieć, K.J. złagodził niedawno swoje stanowisko – w miejsce pozbawienia władzy rodzicielskiej domaga się ograniczenia władzy rodzicielskiej matce.

– Nie doszło do zakończenia postępowania i wydania orzeczenia kończącego – dziecko pozostaje u ojca na podstawie postanowienia z dnia 22 marca 2011 roku o udzieleniu zabezpieczenia w ten sposób, że czasu do prawomocnego zakończenia postępowania ustalono miejsce pobytu dziecka przy ojcu – tłumaczy Tomasz Adamski, rzecznik Sądu Okręgowego w Gdańsku.

Winne prawo?

– Przypadek rodziców-psychologów skonfliktowanych o opiekę nad małoletnim Piotrusiem/Kubusiem wskazuje, że nawet wiedza psychologiczna nie wystarcza do rozwiązania problemów związanych z podziałem tej opieki po rozpadzie związku i że inne mechanizmy przyczyniają się do tego, że konflikt ten nadal trwa. W mojej ocenie zasadnicza przyczyna tkwi w systemie obowiązującego prawa rodzinnego, które jest konfliktogenne np.: domaga się ustalenia, który z rodziców posiada lepsze predyspozycje opiekuńczo-wychowawcze, czy też ustalenia jednego miejsca zamieszkania dziecka – komentuje dr Barbara Gujska, prezes Stowarzyszenia “Stop Manipulacji”.

W ostatnich latach w ogniu krytyki znalazły się Rodzinne Ośrodki Diagnostyczno-Konsultacyjne, których metody działania są przestarzałe, a orzekanie w sprawach rodzinnych, zdaniem Prokuratury Generalnej, niezgodne z konstytucją (RODK zostały powołane na mocy ustawy o postępowaniu w sprawach nieletnich w celu opiniowania dzieci, które weszły w konflikt z prawem).

– RODK powinny być zostawione do pełnienia roli, którą wyznaczył im ustawodawca, czyli opiniować w sprawach nieletnich zagrożonych demoralizacją – komentuje Łukasz Mazur, mediator z Mazowieckiego Stowarzyszenia Mediatorów. – Trudno jest, by osoby szkolone do oceniania i proponowania rozwiązań stały się bezstronne, co jest wymagane od biegłych.

Jak dodaje dr Barbara Gujska: – Przychylam się do postulatu Forum Matek i ruchu społecznego “Dzielny tata”, które chcą likwidacji tych anachronicznych instytucji. Badania skonfliktowanych rodziców powinny mieć miejsce w wyjątkowych sytuacjach i być prowadzone przez biegłych posługujących się rzetelną wiedzą psychologiczną, a nie dogmatycznymi przekonaniami. Potrzebne jest stworzenie systemu doboru biegłych psychologów i pedagogów podnoszącego jakość wydawanych przez nich opinii. Uważam, że powinny być specjalistyczne 3-letnie studia podyplomowe dla osób chcących pełnić funkcję biegłego.

Gdy dziecko staje się kartą przetargową

Historia Kubusia/Piotrusia to jedna z tysiąca skomplikowanych spraw rodzinnych i przykład na to, jak bardzo rodzice nie potrafią ze sobą rozmawiać. Wymiar sprawiedliwości nie ułatwia tego dialogu.

Od 2005 roku gwałtownie wzrosła liczba rozwodów w Polsce, a co za tym idzie konfliktów, w których “najcenniejszym dobrem” jest dziecko. Jeszcze w 2004 roku raporty Głównego Urzędu Statystycznego mówiły o 56 tysiącach rozwodników. Tymczasem rok później liczba ta wzrosła do 67 600, by przez kolejne lata utrzymywać się na średnim poziomie 65 tysięcy. Specjaliści przekonują, że nawet jedna trzecia polskich małżeństw kończy się rozwodem. Najczęściej rozwodzą się małżeństwa bezdzietne i młode (według demografów z Uniwersytetu Łódzkiego grupa ta stanowi 37,9 procent rozwodników) oraz ci, którzy mają tylko jedno małoletnie dziecko (39,2 procent rozwodników).

Rozwód to bardzo ciężki czas dla wszystkich członków rodziny. Chociaż rozwodzą się dorośli, dziecko nie do końca rozumie, na czym polega rozstanie i nie potrafi wyobrazić sobie, jak wyglądać będzie jego życie. Zdarza się, że powstaje poczucie, iż rodzic rozwiódł się także z dzieckiem. A to boli najbardziej.

Rodzice kłócą się, kładą sobie kłody pod nogi, a w tym wszystkim zapominają o dzieciach. Stają się one cennymi przedmiotami, o które trzeba walczyć.

– Rozwodowi towarzyszą bardzo silne emocje związane z poczuciem straty, zawodu. Bardzo jest trudno sobie z nimi poradzić. Uświadomienie sobie, że zawiniły obie strony, wymaga bardzo dużej dojrzałości. W momentach silnego stresu często ich brakuje i dziecko staje się kartą przetargową w procesie sądowym. Ważne, by pokazywać, że da się rozwieść przy najmniejszym uczestnictwie dziecka. Coraz częściej zdarzają się rodzice, którzy wiedzą, że chcą się rozwieźć. Przychodzą do mnie i mówią, że chcą, żeby rozwód był do zniesienia przez dzieci. Proszą o pomoc. To jest wielka zmiana w naszym społeczeństwie. Utrzymanie racjonalnego myślenia w takiej sytuacji jest trudne, dlatego potrzeba osoby z zewnątrz, która spojrzy na sprawę chłodnym okiem – przekonuje dr Śniegulska.

Dziecko bez znaczenia

Co jednak z tymi dorosłymi, którzy nie potrafią się ze sobą porozumieć i racjonalnie podejść do rozwodu? Co z tymi, nad którymi górę biorą emocje, niespełnione ambicje, a spokoju nie daje zaznać urażona duma?

– W większości przypadków rodzice są racjonalni i to nie wyklucza przekonania, że walka jest prowadzona w imię dobra dziecka. To dla niego walczą przed sądem. Winą za negatywne skutki konfliktu obarczają przede wszystkim drugą stronę, a swoje działania postrzegają jako dobre i konieczne – mówi Łukasz Mazur.

Te sytuacje rozwodowe są najtrudniejsze, bo, paradoksalnie, w nich dziecko ma najmniejsze znaczenie.

– Gdyby obowiązywała zasada opieki zrównoważonej, to swoista rywalizacja między rodzicami o dominację w wychowaniu dziecka nie miałaby miejsca. Ważną rolę może odegrać mediacja w opracowaniu tzw. umowy rodzicielskiej, np.: gdy odległość zamieszkania jednego z rodziców jest zbyt duża, by na przykład dziecko mogło być tydzień u matki i tydzień u ojca – komentuje dr Barbara Gujska.

Mediator w obliczu konfliktu

Mediacja rzeczywiście jest jedną z najważniejszych metod stosowaną wobec skonfliktowanych rodziców/rozwodników. Ciągle jednak jest to metoda mało popularna.

– Mediacja, w odróżnieniu od sprawy sądowej, jest nieformalna i poufna, a mediatora nie można powołać jako świadka w sprawie – tłumaczy Łukasz Mazur. – Mediator jest osobą bezstronną i godną zaufania, a jego rolą jest zarządzanie konfliktem. To między innymi oznacza takie prowadzenie rozmów, które pomoże we wzajemnym zrozumieniu potrzeb i intencji oraz wypracowaniu ze stronami rozwiązań dających szanse na zakończenie konfliktu i przywrócenie wzajemnego zaufania stron. W sytuacji zawarcia porozumienia, podpisana przez strony i mediatora ugoda zatwierdzona przez sąd jest równoważna wyrokowi sądu. Ma natomiast tę przewagę nad porozumieniem zawartym przed sądem, że osoby podjęły na siebie zobowiązania bez presji sądu czy adwokata. Takie rozwiązanie z mojego doświadczenia jest bardziej trwałe i sprawa egzekwowania zapisów ugody najczęściej nie trafia znowu do sądu.

W przypadku rodziców Kuby do mediacji jeszcze nie doszło. Pełnomocnik B.L. sygnalizował taką możliwość, ale wniosek nie został złożony.

“To jest moja historia”

Dziś Kuba ma 133 cm wzrostu i, jak twierdzi ojciec, jest jednym z najlepszych uczniów w klasie. Chodzi do szkółki piłkarskiej, bierze udział w szkolnych przedstawieniach. Ojciec opisuje go jako żywe, energiczne, rozgadane dziecko. Tymczasem ojczym dziecka twierdzi, że podczas tygodniowych wakacji, które chłopiec spędził z rodziną matki, Kuba miewał zmienne nastroje i prezentował skrajne postawy – od apatii po nadpobudliwość.

W głowie tego dziecka nadal panuje zamęt. Psycholog dziecięcy twierdzi jednak, że dramaty z dawnych czasów nie muszą odbijać się na tym, jak będzie wyglądała dorosłość takiego człowieka.

– To nie jest tak, że przeżycie jakiejś strasznie trudnej sytuacji determinuje nasze późniejsze życie. To może mieć wpływ, ale prawda jest taka, że ludzie przeżywają niezwykle bolesne, tragiczne wydarzenia w życiu i potrafią sobie z tym radzić. Mówią: to jest moja historia. Ja o tym nie zapominam, ale to nie znaczy, że nie mogę patrzeć w przyszłość z ufnością – komentuje dr Śniegulska.

Pytanie tylko, czy Kuba i tysiące innych dzieci, które w dzieciństwie walczyć musiały z traumami, jakie zgotowali im rodzice, poradzi sobie z ciężarem swoich historii w dorosłym życiu.