Wyborcza: Koledzy z pedofilskiej celi

Jacek Hugo-Bader 24.04.2011

“Każą mi rysować drzewo i na tej podstawie wyrokują o mojej osobowości? Przecież ja uczyłem się rysunku, jestem artystyczna dusza”. Testem Kocha, który polega na rysowaniu drzewa owocowego, i Rorschacha biegli sądowi rutynowo badają sprawców przestępstw seksualnych
– No, a dziupla z czym się panu kojarzy? – zapytała.
– Taka podługowata? Nie cierpię tego słowa, ale nie da się ukryć, że z waginą- A widzi pan! – zatriumfowała. – Bo jest pan zwykłym facetem hetero.

– Rozumiem zatem, że jakby tak myśleć, to gejowi dziupla powinna kojarzyć się z odbytem. A pani?

– Mnie? Z niczym się nie kojarzy – powiedziała zadziornie.

– Naprawdę!?

– Chyba żeby… Bo ja wiem? Z gniazdem, z pisklętami.

– Ha! – teraz ja zatriumfowałem. – Bo jest pani poważnie brzemienna.

Ten osobliwy dialog prowadziłem z panią psycholog w czasie rozmowy na temat wartości diagnostycznej testu Kocha, który polega na rysowaniu drzewa owocowego. Pani psycholog, pytając o dziuplę, chciała mi uzmysłowić, że ona i wielu jej kolegów po fachu nie cenią tego testu. Więcej mówi bowiem o interpretującym rysunek psychologu niż o jego autorze.

To jeden z dwóch testów (drugi to test Rorschacha), którymi biegli sądowi rutynowo badają sprawców przestępstw seksualnych, w tym pedofilów. (Dla ścisłości trzeba dodać, że często tymi samymi testami badane są ofiary przemocy seksualnej, żeby sprawdzić na przykład, kiedy i czy rzeczywiście doszło do molestowania).

Drzewo

To słowo nie może przejść im przez gardło. Kluczą, wiją się, omijają je jak mogą, mówią “ten czyn”, “to, co zrobiłem” albo “artykuł 200” – chodzi o artykuł kodeksu karnego – a kiedy już nie mogą inaczej, słowo “pedofilia” wymawiają szeptem. Zniżają głos. Zawsze! Absolutnie wszyscy! Wszyscy mieszkańcy pedofilskiej celi na oddziale terapeutycznym Zakładu Karnego nr 2 w Łodzi.

Wszyscy także, nim tu trafili i nim dostali wyroki, musieli narysować owocowe drzewo.

Zygmunt, 63-letni pilarz drwal spod Pomiechówka, narysował bardzo gruby pień, co może znaczyć, że jest zahamowany emocjonalnie. Korona jabłoni Henryka, 48-letniego urzędnika z Łodzi, jest strukturą zamkniętą, ma wyraźnie obrysowane, zaznaczone granice, co według liczącego 95 stron podręcznika do interpretacji testu Kocha mogłoby znaczyć, że nie jest to mężczyzna specjalnie otwarty na świat. To nie jest typ pioniera, pełnego inwencji odkrywcy pozytywnie nastawionego do przeszłości i przyszłości. Wręcz przeciwnie.

Tylko na rysunku Jacka, 40-letniego nauczyciela ze Śląska, w pniu widzimy dziuplę, ale jest mała, okrągła, zaczerniona. To ostatnie może znaczyć, że Jacek ma poczucie wstydu związane z jakimś dawnym doświadczeniem.

50-letni Witold pracował w MPO na śmieciarce, ale nie za kierownicą, bo mu za jazdę po pijanemu zabrali prawo jazdy, tylko przy załadunku.

– Wszystko się zaczęło w 1993 roku – mówi. – Córka miała pięć lat. Trudno powiedzieć, żebym ja miał takie zainteresowania albo hobby. Zawsze byłem pijany. Nawet nie wiem, czy to było przyjemne. Pewnie tak. A wpadłem, bo się wziąłem za drugą dziewczynkę z rodziny żony. Wtedy się wydało, że ja z córką już dziesięć lat.

Witold narysował swoje drzewo na dole kartki. Całą górę zostawił wolną, a ona mówi o tym, co duchowe. Dół to sprawy materialne, wszystko, co fizyczne. Do tego dużo owoców leży na ziemi i pewnie gnije po próżnicy. Dla Kocha opadłe owoce są bardzo smutne, wskazują na przykład na człowieka, który tęskni.

Dla żony Witolda jego więzienie to wielka ulga, bo pozbyła się pijaka z domu. Dostał dziesięć lat. Zostały mu jeszcze trzy i odsiedzi je do ostatniego dnia, bo w Polsce pedofile nigdy nie są zwalniani przed terminem.

– Mnie badał profesor Starowicz – mówi 53-letni Marek. – Posadził mnie w fotelu, sam usiadł w drugim i zapytał, co się stało. Gadaliśmy kilka minut, ale przyprowadzili Leppera i Łyżwińskiego, bo to był 2006 rok i w Samoobronie trwała seksafera, więc się pożegnaliśmy i poszedłem do pokoju obok rozwiązywać testy. To jakiś idiotyzm. Każą mi rysować drzewo i na tej podstawie wyrokują o mojej osobowości? Jak można porównywać drzewo Łyżwińskiego, który ma koślawe, chłopskie łapy i trzęsie się jak galareta, z moim drzewem. Przecież ja uczyłem się rysunku, jestem artystyczna dusza, wiem, co to jest perspektywa, cienie i półcienie.

Profesor Zbigniew Lew-Starowicz uznał, że Marek jest pedofilem.

Porno

– Ale moje zboczenie, moja skłonność, dewiacja nie pojawiła się sama w mojej duszy – zastrzega się Marek. – Ona nie zrodziła się w mojej głowie. Przyszła z zewnątrz.

A konkretnie z warszawskiego bazaru Różyckiego, gdzie kupił pierwszą kasetę z filmem pornograficznym. Potem jako stały klient dostawał spod lady kasety oznaczone literą “M” – jak małolaty. Potem pojawił się internet. Gołe dzieciaki pochowane były na serwerach zza wschodniej granicy. Odnajdywał je bez problemu, ale to były czasy pierwszych modemów, jedno zdjęcie otwierało się 25 minut, to zaczął przesiadywać w kafejce internetowej, bo tam szybciej. Siłą rzeczy coraz rzadziej był w domu. Im żona bardziej zrzędziła, tym częściej i chętniej zapadał się w wirtualny świat. Bo w realnym świecie pierwszych lat 90. nie odnalazł się. Pojawiła się depresja, a zdjęcia i filmy z małolatami były jak ucieczka, jak plaster na zbolałą duszę. Od klikania w “kopiuj” i “wklej” uzależnił się jak od narkotyków.

– To była obsesja – mówi. – Miałem tego tyle, że nie byłem w stanie ogarnąć, przejrzeć, spamiętać… 370 płyt DVD z gołymi dzieciakami! I ciągle było mi mało. I ściągałem, ściągałem, ściągałem… Całe noce. Żona szła do łóżka, a ja do komputera.

– Jaka w tym przyjemność? – pytam.

– Od ściągania oczywiście laska nie stanie, ale jak po całej nocy pracy wreszcie masz film i sobie obejrzysz, to jest rozkosznie. Z żoną od dawna było lodowato, nudno, byle jak. Moje prawdziwe życie było na pedofilskich forach internetowych.

Oficjalnych, bez jednego zdjęcia, filmu. Tam się tylko rozmawia, dyskutuje i wymienia linki do głębiej schowanych plików z pornografią. Tam też użytkownicy przekazują sobie hasła do ściągnięcia, otwarcia i rozkodowania tych plików i programy do posklejania ich w całość, bo filmy zawsze pocięte są na małe, najczęściej trzymegowe kawałki i poukrywane po całym świecie na różnych serwerach. Każdy fragment ma inne hasło. Można je dostać tylko od autora filmu, ale żeby ci dał, musi cię znać. Najlepiej cię pozna, jak ty mu dasz jakieś swoje zdjęcia albo filmy. Tak Marek został producentem, jednym z największych światowych tuzów dziecięcej pornografii.

– Myślałem, że robią ją zawodowcy, na handel – mówię.

– Dziecięcą robią amatorzy – mówi Marek – wielbiciele gatunku. Produkcja kosztuje tylko czas. Ale trzeba mieć kamerę. I obiekt.

– Obiekt to twoje dziecko?

– Za nic! Poza tym ja mam tylko synów.

Biegły

– Jak się ma pedofilia do kazirodztwa? – pytam profesora Zbigniewa Lwa-Starowicza.

– Rzadko występują razem – odpowiada seksuolog. – Rzadko krzywdzą własne dzieci. A do testów, także tego z drzewem owocowym, trzeba podchodzić z wielką rezerwą. Nie da się rozpoznać pedofilii na ich podstawie. To tylko metoda pomocnicza, która jest przydatna przy ustalaniu preferencji seksualnych człowieka.

Pedofilia to choroba, zaburzenie preferencji seksualnej. Chorzy nie mają żadnego wpływu na to, co jest ich obiektem pożądania, co ich podnieca, ale to wcale nie ogranicza ich poczytalności. Dlatego sprawców można zamykać w więzieniach.

Profesor Lew-Starowicz utrzymuje, że bardzo rzadko miewa rozterki przy sporządzaniu ekspertyz seksuologicznych dla sądów. Przede wszystkim musi wiedzieć, jak wyglądała ofiara. Jeśli była pozbawiona trzeciorzędowych cech płciowych, to znaczy kobiecych piersi i owłosienia łonowego, oskarżony jest pedofilem. Jeśli ofiara miała te cechy, ale nie ukończyła 15. roku życia, tego oskarżonego można sądzić tylko za stosunki seksualne z nieletnimi.

– Pedofilię diagnozuję na podstawie trzech składników – mówi profesor. – Akt sprawy, gdzie jest napisane, co człowiek zrobił, rozmowy z nim i na podstawie testów, ale coraz mniej chętnie, bo dużo informacji na ich temat jest w internecie. Ci faceci zwyczajnie uczą się wcześniej, jak je rozwiązywać, jak rysować drzewo, żeby lepiej wypaść. Amerykanie wydali zakaz używania testów w wymiarze sprawiedliwości, bo za dużo było przez nie pomyłek sądowych.

W Zakładzie Karnym nr 2 w Łodzi, na oddziale terapeutycznym, leczenie jest obowiązkowe. To trwająca 12 miesięcy terapia farmakologiczna polegająca na obniżeniu popędu (czasami nazywana kastracją chemiczną) i psychoterapia grupowa, dzięki której rozbudza się empatię, wyposaża więźniów w takie mechanizmy kontroli, aby radzili sobie ze swoimi chorymi skłonnościami. Są uczeni, że potrzeby seksualne to coś innego niż potrzeby jedzenia, spania i picia. Bez realizacji tej potrzeby można żyć, chociaż jest ciężko, ale chory zyskuje więcej, niż traci. Może całkiem normalnie funkcjonować, cieszyć się wolnością, a nawet związać z dorosłym partnerem.

W policyjnych bazach danych zarejestrowanych jest 8,6 tysiąca pedofilów. To tylko mężczyźni. Oczywiście są kobiety, które podejmują zachowania seksualne wobec dzieci, ale nie z powodu tej choroby. Zaledwie trzech na dziesięciu mężczyzn z tej grupy to prawdziwi pedofile, tak zwani preferencyjni. W pozostałych przypadkach mamy do czynienia z pedofilią zastępczą. Taki sprawca molestuje dziecko z powodu innych schorzeń, choćby demencji starczej, alkoholizmu, to ludzie z bardzo zaniedbanych środowisk, prymitywni, o niskich kompetencjach społecznych.

Wśród prawdziwej pedofilii preferencyjnej mamy sprawców fiksacyjnych, którzy od zawsze zaprogramowani są na dziecko jako jedyny i wyłączny obiekt seksualny, oraz sprawców regresyjnych, którzy obracają się ku dziecku, bo nie mają możliwości bądź nie potrafią zaspokoić popędu z osobą dorosłą. Ci pierwsi preferują chłopców, drudzy – dziewczynki, które traktują jak dorosłe kobiety, więc za wszelką cenę będą dążyć do normalnych kontaktów genitalno-genitalnych, czego pedofile fiksacyjni często nie robią.

Lolita

– To była córka mojej szwagierki – opowiada Marek, do którego przyszło to z bazaru Różyckiego. – Znałem ją od urodzenia. Byłem jej ukochanym wujkiem. Zawsze rzucała mi się na szyję, całowała, no to już było łatwiej. Z duszą na ramieniu zaproponowałem jej coś bardzo niewinnego, dwa-trzy zdjęcia bez majteczek. Zgodziła się. Myślę, że takie coś może dopaść każdego. Mamy w mózgu tyle ciemnych, pozamykanych uliczek. Nigdy nie wiesz, która się otworzy i ty w nią wbiegniesz.

– O! To pięknie powiedziane.

– Bo ja jestem artystyczna dusza – mówi i daje mi piękny jachcik pod pełnymi żaglami zamknięty w żarówce. – Dla niej najważniejsze były prezenty, wesołe miasteczko, co jej kupię w McDonaldzie, jakie będą lody.

– Chodzi o te w rożku albo na patyku?

– Tak. Oczywiście.

– To jak wy się kochaliście?

– Oralnie. To typowy seks pedofilski. Do buzi.

– Ile miała lat?

– Zaczęliśmy, kiedy była w połowie podstawówki.

– Dziesięć lat – wyliczam.

– Ale u nas nigdy nie było na siłę. Żadnej przemocy, bólu. To śmiała dziewczynka. Lubiła przejmować inicjatywę, reżyserować, na przykład żebym na niby ją zgwałcił. Takie tam igraszki. A jak po latach zaczęła dojrzewać, pojawiły się piersi, trzy pierwsze włosy, to nie chciała pokazywać. W moich filmach nazywałem ją Anną. To były artystyczne filmy z czołówką i napisami. Była akcja, wchodziła muzyka Spice Girls, Metalliki, potem zakończenie, the end. Mam z czego być dumny. Ja naprawdę mam talent. Oboje występowaliśmy, chociaż twarzy nie mogłem pokazać. Zresztą twarz nie jest ważna, tylko… Tylko młode ciało.

– To były ostre filmy?

– Goła cipka jest ostra? – mlasnął językiem. – A kudłaty członek, oralne zbliżenie? W którymś filmie ona mówi, że do buzi to stówka, a na dole dwie stówki. Ale ja jej nie płaciłem, tym bardziej że nie miałem z czego. Oczywiście nie wiedziała, że ja publikuję te filmy. Myślała, że my tylko dla zabawy. Dziwię się zresztą bardzo rodzicom, że jej pozwalali na te wypady ze mną, z których wracała z nowymi sukienkami, z nowym telefonem, bo musiałem czasem coś jej kupić. Nie było żadnej kontroli ze strony rodziców. Dziewczyna dziesięć lat i całe dnie na podwórkach. Strasznie zepsuta. Ona potrafiła mnie szantażować! Że jak jej czegoś nie kupię, to powie rodzicom. To co miałem robić? Kupowałem!

– Lolita.

– Niektóre sceny z tej książki znam z życia – mówi Marek. – Na przykład jak w samochodzie ona robi to, co ja chcę. Uzależniła mnie od siebie. Wiedziałem, że jestem gównem, ale nie potrafiłem z tego zrezygnować. To było zadurzenie. A ona stawiała warunki, gówniara, droczyła się, pokazywała rogi. Boże! A mnie to jeszcze bardziej pociągało.

Tło

Marek, wujek Lolity, opublikował w internecie kolejny film. Padają w nim tylko trzy słowa. Ale na film trafiła policja z Montrealu, w której pracuje oficer polskiego pochodzenia. Przypadkowo przechodził koło stanowiska funkcjonariuszy z wydziału do walki z przestępczością w sieci i usłyszał znajome słowo. Kanadyjczycy przesłali film polskiej policji, żeby ustalili, jakie miasto widać za oknem, i poszukali tego okna. I nasi znaleźli. Fachowo nazywa się to analizą tła. Policja założyła kocioł i się doczekali. To nie było mieszkanie Marka. Wynajął je na spotkania z Lolitą.

– Oskarżycielem posiłkowym była matka dziewczyny – mówi Marek. – W dzieciństwie była ofiarą gwałtu w rodzinie, to czy ona może być obiektywna? W sądzie zażądała dla mnie kary śmierci.

Żona

“Myszko, już nigdy Cię nie zdradzę…” – napisał Marek w wierszu dla żony. – Przez kilkanaście lat byliśmy cudownym małżeństwem – opowiada – a potem wszystko się rozwaliło. Na początku nawet przychodziła do mnie do więzienia, przyniosła mi kłaczek…

– Jaki kłaczek? – pytam go.

– Mojej suczki spanielki, Agatki, która zdechła na początku zeszłego roku. Oprawiłem go sobie. W końcówkę ołówka zamiast gumki i noszę na sznurku na szyi jak talizman. A żona już się nie pokazała. Ma straszne kłopoty finansowe. Nasza firma sprzątająca upadła, a ona popija, i to nie tylko trochę. Nie mogę sobie darować, że ją zostawiłem.

A Witold z Markowej celi, który był śmieciarzem, nie może sobie darować, że ostatnie słowo, jakie usłyszała z jego ust żona, to “kurwa”.

– Jak zwykle kłóciliśmy się rano o moje chlanie – mówi – a po południu mnie zamknęli. Zaraz po wyroku wzięliśmy rozwód. Co będę trzymał kobietę? Ale jest sama. Nie chce się z nikim łączyć, bo się boi, że znowu trafi na takiego jak ja.

Zygmunt, pilarz drwal spod Pomiechówka, też się rozwiódł.

– Przez moją byłą tu siedzę już szósty rok – mówi – ale umrę i nie będę wiedział za co. Po złości wniosła oskarżenie z synem, że go zgwałciłem, bo chciała trzy hektary sprzedać, a ja się nie zgodziłem.

– A gdyby cię teraz wypuścili – pytam Henryka z tej samej pedofilskiej celi – ale pod warunkiem, że poddasz się chemicznej kastracji? Tak całkowicie?

– Odmawiam! Jestem mężczyzną.

– Już się nabyłeś.

– Ale chcę mieć normalne stosunki z moją kochaną żoną. Jestem mężczyzną przecież.

– Niebezpiecznym.

– No… racja.

Ani Claudia, ani Carla

Nikt nie wie na pewno, skąd się bierze pedofilia. Jest kilkanaście teorii, z których osiem uznawanych jest za naukowe. Genetyczne zmiany w płatach czołowych albo skroniowych mózgu, zaburzenia rozwoju w okresie embrionalnym, czynniki społeczne, psychoseksualne…

W ostatnich latach głośno jest o przypadku mężczyzny z rozpoznaną pedofilią, któremu trzeba było wykonać rezonans magnetyczny głowy. Okazało się, że ma guza mózgu. Usunięto go operacyjnie, a wraz z nim ustąpiły objawy pedofilii.

– Najgorsze, że nie możemy zaoferować im zbyt wiele – mówi młoda seksuolog. – Ich tylko dziecko może pobudzić seksualnie. Inny bodziec, choćby najpiękniejszy, choćby pod postacią Claudii Schiffer i głosu Carli Bruni, nie spowoduje żadnej reakcji.

– Paskudne życie – zasępiam się.

– Bardzo. Nawet jak człowieka wykastrujemy, pozbawimy jąder, to jego preferencje seksualne się nie zmienią. Tego nie da się wyleczyć. A oni przychodzą do naszej poradni i z płaczem błagają, żeby coś z tym zrobić. Na początek dajemy leki na obniżenie popędu seksualnego. Już to sprawia im ogromną ulgę. Przestają obsesyjnie gapić się w monitor komputera, obmyślać, kombinować, podglądać. Nareszcie mogą zająć się normalną pracą, rodziną, zrobić remont w domu, pójść do kina, do znajomych, poczytać. Zaczynają żyć.

Statystyki jednak nie dają pedofilom wielkich nadziei. Nie ma polskich badań dotyczących powrotu na przestępczą drogę sprawców przestępstw seksualnych. Zagraniczne badania wskazują, że od 30 do 50 procent sprawców (w zależności od kraju) powróci na tę drogę. Statystyki dotyczące osób z zaburzeniami preferencji, zatem pedofilów, mówią, że wcześniej czy później do przestępczej działalności powróci niemal sto procent z nich.

Marzenie

– Miewasz sny erotyczne? – pytam Marka, wujka Lolity.

– Miewam. Ale nie z nią. Nie takie. Normalne babskie. Muszę te rzeczy jakoś załatwiać, ale jak idę do kącika sanitarnego, omijam w myślach te tematy.

– Czyli twoją Lolitę. A kiedy wychodzisz z kryminału?

– W 2018 roku. 61 lat, niewydolny jako mężczyzna, prostata… – kompletnie się rozkleja. – Cholerny gruczoł! Ale tu nie będę się leczył. Nie wierzę więziennym lekarzom.

– Mówisz, jakbyś miał poczucie krzywdy.

– Bo tutaj uzależnieni od przemocy, chorzy na raptofilię sprawcy brutalnych gwałtów wychodzą po trzech-czterech latach, a mnie dali 12. Najwięcej, ile mogli!

– O czym marzysz?

– Żeby nie bolało.

Każdy z jego kolegów z pedofilskiej celi pragnie czego innego.

Jacek, 40-letni nauczyciel ze Śląska, marzy, żeby w jego mieście ludzie zapomnieli.

– Bo myślę, że się z tego wyleczyłem.

– Z czego?

– No, z tego… Z pedofilii – mówi szeptem. – Bo wcześniej, kiedy leżałem na mojej pryczy, w snach i fantazjach pojawiały się młode zjawy. Bardzo młode, dziecięce, a teraz bardzo długo już tego nie mam. Przeszło mi. Przestałem palić, nie używam cukru, schudłem dziesięć kilo, ćwiczę, uczę się włoskiego, hiszpańskiego i angielskiego.

Zygmunt, 63-letni pilarz drwal spod Pomiechówka, chciałby w więzieniu wstawić zęby. Bo może za darmo, tak jak za darmo wyleczyli mu owrzodzenie dwunastnicy. Henryk, 48-letni urzędnik z Łodzi, marzy tylko o swojej żonie, i tylko 50-letni Witold, który jeździł na śmieciarce, nie umie powiedzieć, o czym marzy. Zupełnie jakby odzyskał coś, na czym strasznie mu zależało. Jego córka, którą molestował przez dziesięć lat, odmówiła w sądzie zeznawania przeciwko ojcu. Jako jedyna z rodziny, po sześciu latach, to znaczy w zeszłym roku, odwiedziła go ze swoim dzieckiem w więzieniu.

– Wybaczyła mi – mówi wzruszony Witold. – Nawet ma wyrzuty sumienia, że przez nią tu jestem. Ma już męża i dwoje dzieci. Wszystko chyba jest dobrze, chociaż w książkach fachowych czytałem, że to pozostawia ślady w psychice.

– Normalnie z nią współżyłeś?

– Nie. Tylko dotykowo. Przecież kocham swoje dzieci.